Sławek Orwat – jeśli chodzi o bio, to odsyłam Was na stronę, którą prowadzi oraz jego fanpage:

http://slawek-orwat.blogspot.com/

https://www.facebook.com/polisz.czart/?ref=br_rs

Ja od siebie krótko dodam, że dla mnie to zaszczyt i niezmierna radość, że jest w moim życiu.

Potrafi być dla nas lekcją tego jak można czerpać z każdego dnia to co najpiękniejsze. Sami zobaczcie:

Co Cię inspiruje?

Wszystko to, co artystycznie i ideowo nie powiela utartych schematów, nie trzyma się wydeptanych ścieżek, a przede wszystkim to, co wyprzedza epokę, w której powstało (patrz Niemen, Skrzek, Ciechowski), a jeśli już czerpie z zasobów światowego dziedzictwa, to nie profanuje go swoim niestety coraz częściej społecznie akceptowanym epigonizmem lub plugawieniem nie tylko artystycznego sacrum (patrz masturbacja figurką papieża podczas sztuki teatralnej) i nie nazywa z premedytacją tworzonych krypto-plagiatów samplowaniem, albo zamierzonymi cytatami, których twórcy szelmowsko zasłaniają swoje niecne czyny tak zwanym relatywizmem kulturowym, który usiłuje nam wmówić, iż żadna praktyka sama w sobie nie jest dobra ani zła i może być oceniona tylko w tym kontekście w jakim funkcjonuje.

Mieszkałeś za granicą, jak to doswiadczenie wpłynęło na Ciebie?

Coraz częściej mam przemyślenie, że te 15 lat spędzone w Wielkiej Brytanii dało mi tyle samo dobrego i złego w myśl zasady głoszonej przez filmowego prezesa KS Tęcza Ryszarda Ochódzkiego “jedziecie do stolicy kraju kapitalistycznego, który to kraj ma być może nawet tam i swoje… plusy. Rozchodzi się jednak o to, żeby te plusy nie przesłoniły wam minusów!” (śmiech). I tak największy mój plus to na pewno radiowe i prasowe dziennikarstwo muzyczne, do którego wystartowałem notabene dopiero w… 45 roku życia, czyli w momencie, w którym bardzo wielu ludzi osiąga szczyt formy i podsumowuje swoje największe sukcesy. Drugim niewątpliwym plusem wyniesionym z doświadczeń emigracji bezsprzecznie jest nabranie ogromnej wiary w siebie i w swoje możliwości, dzięki czemu np. nie uważam się dziś, jak czyni to spora grupa moich rówieśników, za pokolenie, które zgięte w pół, zdesperowane i wystraszone powinno stawiać się na z góry przegranej pozycji. Niestety emigracja to także minusy: Dopiero w ponownym zderzeniu z polską rzeczywistością z ogromnym bólem i chyba częściej niż przed wyjazdem dostrzegam brak szacunku do drugiego człowieka, zwłaszcza pośród przedstawicieli takich zawodów jak urzędnicy, sprzedawcy czy kierowcy pojazdów komunikacji miejskiej, a jedyną nadzieją na poprawę tej sytuacji jest w moim odczuciu coraz liczniejszy powrót emigrantów polskich na łono ojczyzny i coraz bardziej widoczne wprowadzanie nabytych tam sprawdzonych od dziesięcioleci przyzwyczajeń i schematów.

Poznajesz wielu ludzi dzięki swojej pracy, szczególnie muzyków. Czego uczy Cię każdy poznany człowiek?

Muzycy – jak każda grupa społeczna – są wypadkową naszych cech narodowych. Jest w muzykach jednak to nieuchwytne coś, co cenię sobie najbardziej – ogromna życzliwość i bezinteresowność. Zastanawiam się czasami, jak wielu lekarzy pożycza sobie nawzajem drogi sprzęt diagnostyczny, który posiada w prywatnych gabinetach, albo ilu kierowców zawodowych potrafi udostępnić kolegom po fachu swoje stuningowane, wypieszczone cudeńka. Wielokrotnie natomiast widziałem, jak warte kilka tysięcy lub przynajmniej kilkaset funtów gitary elektryczne, “piece” przestery i kable, a nawet całe zestawy perkusyjne wędrują z rąk do rąk kolegów, którzy albo właśnie mieli nieszczęśliwy wypadek i nie są w stanie użyć swoich macierzystych “wioseł”, albo zwyczajnie przylecieli z daleka i w celu uniknięcia ogromnych kosztów ubezpieczenia, świadomie nie zabrali ze sobą sprzętu. Muzycy to w ogromnej większości życzliwi i serdeczni ludzie i nawet, jeśli czasem trafi im się gorszy dzień jak każdemu z nas, to wdzięczny jestem Bogu i ludziom, że właśnie w tym kręgu posiadam największą liczbę przyjaciół i że od 10 lat dane mi jest wspierać ich w nierównej walce z szarą codziennością, która charakteryzuje się głównie tym, że aby zagrać dwugodzinny koncert za zwrot kosztów i piwo, większość z tych znakomitych artystów pokonuje dziesiątki lub setki kilometrów od rana do rana, aby w ramach “podziękowania” usłyszeć swoje nagranie w jednej na 30 stacji radiowych, do których zostało ono wysłane w formacie wav lub mp3.

Z Edytą Bartosiewicz

Czym jest dla Ciebie muzyka?

Czymś metafizycznym, co zawsze ze mną było i co powodowało, że nawet w najcięższych chwilach czułem się człowiekiem. Jeśli dobrze wczytasz się Aniu w moje artykuły, to na pewno bez trudu zauważysz, że ja tak naprawdę wcale nie piszę o… muzyce. Muzyka w moich tekstach jest jedynie pretekstem do pokazania tego, co mnie gnębi, cieszy, złości, albo wkur… W ciągu moich ostatnich 10 lat życia miałem nieopisane szczęście spotkać ludzi, którzy swoimi działaniami i wrażliwością świadomie bądź nieświadomie ubogacali przeżywanie moich małych i dużych momentów szczęścia. Te ulotne chwile emigracyjnego człowieczeństwa niczym senna fatamorgana rozpływały się często wraz z mgłą kolejnego poranka, kiedy to wracałem z miejsca, które dawało mi wprawdzie finansową stabilność, ale zarazem zabierało okruchy ludzkiej godności. I gdyby nie muzyka, niejeden raz zostawałbym sam na sam z nieopisaną i głęboką jak Rów Mariański pustką samotności. Wielu z tych wspaniałych ludzi, którzy wprowadzali wówczas w mój krwiobieg niezliczone ilości endorfin jest ze mną na różne sposoby po dziś dzień. Są jednak i tacy, którzy przepłynęli przez moje życie niczym ulotna impresja. Każdy z nich pozostawił mi w darze muzykę, która jest dziś dla mnie czymś więcej niż czystą formą sztuki. To dzięki Tobie Łukaszu z Dzierżoniowa. któryś nieświadomie otworzył tę moją od dzieciństwa skrzętnie skrywaną muzyczną “puszkę Pandory”, to dlatego, że spotkałem Ciebie, Mirku z Londynu, który będąc 20 lat ode mnie młodszy, wielokrotnie byłeś dla mnie kimś więcej, niż ojcem, to dzięki Tobie Piotrze z irokezem, który od lat sprawiasz, że ludzkość podczas Świąt zawsze jest zaopatrzona w choinkowe światełka i dzięki tobie Dziki, który otwarłeś przede mną wszystkie sale koncertowe Londynu… Będąc sam na sam z sobą z dala od ojczyzny, zawsze czułem się… człowiekiem i nigdy Wam tego nie zapomnę.


Jakiej rady udzieliłbyś rozpoczynającym dziennikarzom/blogerom?

Niech zostawią po sobie coś co zmieni myślenie innych, coś co sprawi, że ktoś właśnie na tych szpaltach znajdzie swoją przestrzeń wrażliwości i swój azyl bezpieczeństwa, który będzie go chronił przed zblazowanym celebryckim światem chorego PR-u i wyrafinowanym zakłamaniem medialnej socjotechniki. Nie dajcie kupić się wypranym z przyzwoitości korporacjom i tym, co mienią się twarzami establishmentu. Piszcie jak “ludzie za dużo myślący” (wtajemniczeni wiedzą o jaką płytę mi chodzi), a jeśli pojawi się w waszej głowie pierwszy strach, przypomnijcie sobie wówczas słowa Czesława Miłosza:

Który skrzywdziłeś człowieka prostego

Śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,

Gromadę błaznów koło siebie mając

Na pomieszanie dobrego i złego,

Choćby przed tobą wszyscy się skłonili

Cnotę i mądrość tobie przypisując,

Złote medale na twoją cześć kując,

Radzi że jeszcze jeden dzień przeżyli,

Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta

Możesz go zabić – narodzi się nowy.

Spisane będą czyny i rozmowy.

Lepszy dla ciebie byłby świt zimowy

I sznur i gałąź pod ciężarem zgięta.

Dlaczego warto iść swoją drogą?

Wspomniałem w tej rozmowie o pewnym Łukaszu, który nieświadomie otworzył mi w lipcu 2009 roku w maleńkim Hatfield muzyczną puszkę pandory, która tak naprawdę w tej mitologicznej opowieści była… beczką. Jeśli zadasz dziś Aniu otaczającym cię ludziom pytanie, jaką posiadają wiedzę na temat tego antycznego terminu, to zdecydowana większość odpowie ci, że zamknięte tam były wszelkie nieszczęścia, które wskutek nieodpowiedzialnego zachowania Pandory rozeszły się po całym świecie. Mało kto natomiast wie, że na dnie owej beczki, zgodnie z wolą Zeusa została umieszczona również… nadzieja. Dlaczego zawsze warto iść swoją drogą? Bo nadzieja umiera ostatnia i dlatego nieustannie wierzę, że prawdziwa sztuka zwycięży, a Polska przestanie być miejscem zwaśnionych i podzielonych na pół rodzin i społeczności. To jest mój testament i moje największe dwa życzenia dla siebie i wszystkich, którzy zechcą tę rozmowę – katharsis przeczytać.